Od dłuższego czasu śledzę kawiarnię my'o'my na facebooku i zawsze wydawała mi się ciekawą opcją wśród warszawskich kawiarni. Moja ciekawość zaprowadziła mnie tam w końcu tydzień temu i... szczerze przyznam, że się rozczarowałam.
Wchodząc co my'o'my byłam zachwycona aranżacją wnętrza. Koszyk pomarańczy leżący na parapecie tuż przy wejściu, białe stoliki i krzesła. Wszystkie miejsca zajęte, ktoś popijając kawę czytał książkę, w drugim stoliku para zajadająca się bejglami. Idziemy białymi schodami na górę, tam również stoliki zajęte. Zdecydowaliśmy się chwilę poczekać aż zwolni się stolik. Po chwili znalazło się miejsce dla nas.
Przyszedł czas na przegląd menu, które jest zapisane na tablicy przy barze i na podkładkach, które leżą na każdym stoliku.
Na barze znajduje się mnóstwo "gadżetów"... świece, pojemniki, tace z ciastami dnia
Wybór nie był dość obszerny ale wszyscy jednogłośnie zdecydowaliśmy się na bejgelburgery.
Ja i Kasia wybrałyśmy bejgle z wędzonym łososiem, serkiem i sałatą - ok ale chyba wolałabym żeby bejgel był na ciepło.
Do tego wzięłam koktajl malinowy - ok, chociaż na spodzie szklanki była warstwa wody.
Rondel wybrał bejglburgera lux z wołowiną, rukolą, kiełkami i pomidorem - podobno bardzo dobry.
Na pierwszy rzut oka wszystko jest ok, przytulnie i ładnie. Jednak zbyt lukrowa opinia byłaby tu przesadzona. A konkretnie.. muzyka była drażniąca (set houseowy a'la manieczki..?), obsługa niezbyt miła.. i to zabranie talerza ze stołu jak jeszcze nie zdążyłam przerzuć ostatnich kęsów bejgla. A serwetkę to rozumiem, że powinnam schować sobie na pamiątkę...
Odczucia mam mieszane po wizycie w my'o'my. Byłam lekko zszokowana, dlatego też po powrocie poszukałam innych opinii na portalach kulinarnych. I wychodzi na to, że nie jestem jedyną osobą, która nie jest zadowolona w pełni z wyboru kawiarni.
Suza





0 komentarze:
Prześlij komentarz